Kącik kierowcy

Linie lotnicze, autokary, rejsy, podróże pociągiem oraz samochodem.
Awatar użytkownika
amber
Posty: 791
Rejestracja: 20 paź 2011, o 21:26
Lokalizacja: Bieszczady

Re: Ceny paliw

Post autor: amber » 22 maja 2012, o 23:09

Oj szkoda, że tylko ceny...
Powiem szczerze, że znając Polskie realia to ceny jeszcze trochę wzrosną ( ale oby nie:)), bo trzeba będzie zacząć brać przykład z Flinston-ów i samodzielnie napędzać samochód :)
Abderyta
Posty: 851
Rejestracja: 10 paź 2010, o 16:51
Lokalizacja: GieKSogród/Jaskółcze Gniazdo

Re: Ceny paliw

Post autor: Abderyta » 3 wrz 2012, o 14:41

Kilka dni temu obiło mi się o wielgachne uszy, że ceny paliw do końca świata będą już tylko rosnąć. Nie tylko ze względu na tradycyjne czynniki typu inflacja, ale przede wszystkim z powodu malejących zasobów ropy. I tu pojawia się pytanie, czy jest to aby prawda najprawdziwsza czy jeno połowiczna. Zasoby, owszem, maleją. To banał. Ale nie tylko tego surowca. A jednak ceny paliw zdają się szybować wyżej od cen np. gazu ziemnego czy węgla. Czy ktoś ogarnia tę kuwetę?
"Oryginalność jest jedyną rzeczą, której użyteczności nie mogą pojąć nieoryginalne umysły” <John Stuart Mill, "O wolności">
Awatar użytkownika
Comen
V-ce Administrator
Posty: 5484
Rejestracja: 30 maja 2011, o 00:37
Lokalizacja: Kraków

Re: Ceny paliw

Post autor: Comen » 4 wrz 2012, o 11:15

Wniosek. Podążając za logiką rynku przejść na LPG , bo węgiel jest niestety raczej mało wydajnym paliwem dla lokomocji :mrgreen:. Nieuchronnie nadchodzą czasy rodem z filmów o Mad Maksie, chyba że ludzki geniusz wymyśli jakiś nowy cud energetyczny. W pewnym ostatnio pochłoniętym przeze mnie czytadle z dziedziny "przygodowo science-fiction" zaproponowano np. wykorzystanie do celów "grzewczych" i "prądotwórczych" energii skumulowanej w zwiniętych wymiarach czasoprzestrzeni. A jest ich bodaj ponad 20, więc mamy całkiem spore rezerwy :mrgreen:
Nie byłem wszędzie, ale mam to na uwadze
A może coś o Szwecji? http://swevirtual.blogspot.com/
Awatar użytkownika
Abelard
Administrator
Posty: 8711
Rejestracja: 19 wrz 2010, o 23:06
Lokalizacja: phpBB 3.2

Re: Ceny paliw

Post autor: Abelard » 9 mar 2013, o 13:33

Aktualny przegląd cen (porównajcie z cenami na początku tego tematu):

Pb 98 - 5,89zł
Pb 95 - 5,64zł
ON - 5,65zł
LPG - 2,67zł


Swoją drogą ciekawe, czy dojdzie do jakiś większych podwyżek w okresie świątecznym i dalej w okresie wakacyjnym.
Biorąc pod uwagę liczne wyjazdy w tym roku, powyższa kwestia wydaje się być szczególnie interesująca. <mysli>
Awatar użytkownika
mariusz77
Posty: 248
Rejestracja: 10 lut 2013, o 15:05

Re: Ceny paliw

Post autor: mariusz77 » 9 mar 2013, o 15:06

Typuje na wakacje:
pb 95---6 zł do 6.50 zł
on-6 zł
Awatar użytkownika
creamcheese
Posty: 1407
Rejestracja: 17 lut 2013, o 09:54
Lokalizacja: Lublin

Re: Ceny paliw

Post autor: creamcheese » 9 mar 2013, o 15:31

mariusz77 pisze:Typuje na wakacje:
pb 95---6 zł do 6.50 zł
on-6 zł
Nie wieszcz!! I wypluj te słowa!!
Pozdrawiam
Awatar użytkownika
mariusz77
Posty: 248
Rejestracja: 10 lut 2013, o 15:05

Re: Ceny paliw

Post autor: mariusz77 » 9 mar 2013, o 16:05

Żadne czarnowidztwo. W ubiegłym roku też tak było;że przed wakacjami paliwo strzeliło w górę.A co gorsza-coś mnie trafia bo:
-benzyna droga-przerobić na gaz? To szlag trafi bagażnik vana;
-on-ok;ale używanego boję się wydatków.
a tak nawiasem mówiąc-wacha w Polsce nie jest za droga; tylko my zarabiamy za mało...
Awatar użytkownika
Ossama
Posty: 101
Rejestracja: 6 wrz 2012, o 06:22
Lokalizacja: Tarnów

Re: Ceny paliw

Post autor: Ossama » 9 mar 2013, o 16:39

Tu się zgodzę z kolegą , nie problem w cenach tylko w zarobkach a właściwie w stosunku ceny towaru do naszego dochodu , póki co musimy lać ten węgiel w płynie i patrzeć jak drożeje a musimy mieć świadomość że będzie coraz drożej
Awatar użytkownika
mariusz77
Posty: 248
Rejestracja: 10 lut 2013, o 15:05

Re: Kącik kierowcy

Post autor: mariusz77 » 4 cze 2013, o 21:38

Godzina 15 ślub; godzina 16.30 obiad weselny;godzina 22.00 but Lublin-Ustka;dojazd z Żoną po 6,30 rano do Ustki. Dodam jeszcze;że do ślubu sam prowadziłem samochód;a noc poślubna była za kierownicą.
Drugi wyczyn:
Praca 2 tygodnie ciurkiem na pierwszej zmianie od 6 do 14 i na drugiej od 14 do 24;w dzień wyjazdu wyszedłem o 22; prysznic i jazda do Karpacza.
Awatar użytkownika
b.b tulipan
Posty: 69
Rejestracja: 18 lip 2012, o 20:04
Lokalizacja: dolnośląskie

Re: Kącik kierowcy

Post autor: b.b tulipan » 5 cze 2013, o 12:48

DSC08014.JPG
Witam.

Mój samochód lata tylko na naszych trasach. <lol> Służy do zaprzęgu z przyczepą kempingową i nieźle sobie radzi.
Nasze wyjazdy to Bieszczady, Beskidy, Mazury i okolice dolnośląskie.
Nie masz wymaganych uprawnień, aby zobaczyć pliki załączone do tego posta.
Awatar użytkownika
mariusz77
Posty: 248
Rejestracja: 10 lut 2013, o 15:05

Re: Kącik kierowcy

Post autor: mariusz77 » 5 cze 2013, o 13:11

"Te czwóreczka" i do tego zadbana i bez napędu syncro ładnie sobie radzi w terenie.
Ja zaś Tulipanie gotów jestem dać się pokroić za to by znowu zapadła noc i okryła czarnym całunem świat;na dworze panuje lekki letni chłód;ja zaś wsiadam za kółko;wysłuchuję komunikatu "Hołka" że do celu dotrę nad ranem,z cichym warknięciem odpalam silnik;czuję przez moment jak drga nadwozie;czuję cudowne zespolenie z samochodem.Wbijam jedynkę;łagodnie puszczam sprzęgło i...dalej w drogę;lecę ku:
http://www.youtube.com/watch?v=BEm0AjTbsac" onclick="window.open(this.href);return false;
.... :) . Nic więcej mi nie trzeba.
Awatar użytkownika
Gollum
Posty: 1084
Rejestracja: 28 lip 2012, o 09:23
Lokalizacja: Lublin

Re: Kącik kierowcy

Post autor: Gollum » 5 cze 2013, o 20:54

Do Chorwacji z reguły jedzie się stadem, wielkimi brykami i na smyczy GPS. Ja jechałem dokładnie odwrotnie. Sam, małą pandą i na podstawie map. Cztery razy jechałem jako pasażer z kierowcą prowadzonym przez GPS i za każdym razem maszyna poprowadziła źle, a raz w ogóle nie doprowadziła do celu, choć urządzenia były wypasione. A mapy i własna głowa jeszcze nigdy mnie nie zawiodły.
Znajomi może nawet przyjmowali zakłady, czy w ogóle pojadę, a jeśli pojadę, to czy dojadę, a jak dojadę, to czy wrócę. Większość z nich może nawet pojechałaby, ale w stadzie. A już pierwszy raz i od razu samemu – to dla nich jak samotny lot w kosmos.
Że jestem z Lublina, to nie mam zbyt dużego wyboru co do drogi. Jadę przez Rzeszów, Koszyce, Miszkolc, Budapeszt, Szekesfehervar, Nagykanizsę, Gorican, Warażdyn, Zagrzeb, Karlovac, Zadar i Szybenik.
Na dachu 430-litrowy boks, ograniczający mi prędkość do 110 km/h. Więcej też można, ale wtedy boks odfrunie. W boksie rzeczy lekkie zaś bagażnik załadowany żywnością, głównie obiadowymi półproduktami. Na miejscu wystarczy dodać ryżu czy ziemniaków czy czegoś innego i obiad gotowy. Wychodzi szybciej (przecież jedziemy leżeć na plaży albo się włóczyć,a nie siedzieć w kuchni) i taniej. W niedzielny świt w deszczu pakujemy do boksu i bagażnika torby i skrzynki i w drogę. W Polsce wleczemy się niemożliwie, bo w deszczu za szybko się nie da. Na Słowacji nie lepiej. Do tego w Preszowie musiałem bardzo uważać, by znaleźć drogę 68, wiodącą do Koszyc. Jeśli nie znajdę, to pojadę tylko autostradą. Za 20 km jazdy, bo tyle ma autostrada, nie opłaca mi się kupować winiety. A na końcu na pewno stoi policja i sprawdza i kasuje na grube euro tych, co nie mają. Na szczęście wiedziałem mniej więcej gdzie (na forach są dokładne instrukcje, gdzie jest ten zjazd), więc drogę znalazłem. Pół godziny później byliśmy w Koszycach. I niedługo potem na Węgrzech. Tam byłem cokolwiek zszokowany, widząc znak drogi ekspresowej i ograniczenie do 110 km/h na drodze porównywalnej szerokością i jakością z trasą Chełm-Włodawa czy Tylawa-Komańcza. Ale nikt nie szaleje, jak u nas. Nawet nasi, których jest jak mrówków, jadą jak należy. Na stacji kupują winietę na węgierskie autostrady. Dostaję paragon i jakiś świstek. Mam go sobie wsadzić. Bo teraz policja już wie, że mogę jechać. na autostradzie maja kamery, które sprawdzają tablice jadących samochodów i jeśli zobaczą numer, którego nie ma w komputerze, to rusza patrol, łapie i wypisuje mandat za nie mianie.
Nocujemy w Siofok, bo mniej więcej w tej okolicy wypada połowa drogi. Zapłaciłem jak przysłowiowy Żyd za wysłodki, bo to przecież największy grajdoł Balatonu. Zgoda, na warunki nar4zekać nie można. Obsługa nawet przeniosła nas do innych pokojów, bo za sąsiadów mieliśmy młodzież, co do której obsługa podejrzewała, że będą nocą hałasować i nie dadzą nam spać. Ale gdybym zamówił gdzieś poza Balatonem, byłoby znacznie taniej.
Następnego dnia w drogę. Po jakimś czasie granica chorwacka. Pogranicznicy węgierscy popatrzyli na rejestrację i kazali jechać. Chorwaccy coś tam przybyli w paszportach. Celnicy węgierscy nawet na nas nie popatrzyli. Chorwaccy popatrzyli, nawet zajrzeli do bagażnika i boksu. I kazali jechać.
W Goricanie próbowałem nie pojechać na autostradę. Słyszałem wszak, że chorwackie autostrady są drogie. No to może się uda zaoszczędzić i pojechać zwykłymi drogami. Ale ni cholery, choć miałem atlas Chorwacji, gdzie zaznaczone są nawet trochę większe pojedyncze domy, to nie mogłem znaleźć drogi. Lądowałem na autostradzie. Po godzinie prób mieliśmy dość i pojechaliśmy autostradą. Jazda jak jazda, tak jak na Węgrzech albo w polskim filmie. Nuda. Nic się nie dzieje. Nawet leje tak samo jak u nas lało. Nawet drzewa i krzaki takie same.
Trochę się zaczęło zmieniać w Górach Dynarskich. Owszem, było buro, ale przynajmniej nie lało. No i zaczęły się pojawiać bliżej mi nieznane rośliny. A to znaczy, że to już inny klimat, bo wszystko, co rośnie u nas, jest mi znane, kiedyś nawet z nazwy.
Ale po wyjechaniu z serii tuneli przez Góry Dynarskie nagle wychodzi słońce. Nie był to wszakże miły wyjazd dla mnie. Ledwie wydobyłem się z ostatniego tunelu, a samochodem gwałtownie zatrzęsło. I kiwało aż do Zadaru. Cóż, wysoka i lekka panda, dodatkowo z boksem na dachu, to po prostu żagiel. Przede mną, a za chwilę z boku, potem znów z przodu i z nów z boku, ale drugiego piękne widoki na Adriatyk, wyspy i Zadar. A ja nie mogę popatrzeć na bok, by podziwiać pejzaże, tylko kurczowo trzymam kierownicę s strachu, że zaraz wiatr mnie zdmuchnie w przepaść. Pod Zadarem, czyli już po zjechaniu z gór mogłem odetchnąć. Już nie kiwało.
Zjechać z autostrady postanowiłem nie w Prgomecie, ale w Szybeniku, by się przejechać Magistralą Adriatycką. No i jadę, grzeczną sześćdziesiątką, gdy trzeba to nawet czterdziestką, pamiętając o ostrzeżeniach, że chorwacka policja uwielbia suszyć. Doprowadzam do szewskiej pasji zmuszonych do jechania za mną, ale przynajmniej strzegę ich przez mandatem albo czymś gorszym, jak się okazało.
W jakiejś miejscowości zatrzymuje mnie patrol! Jechałem prawidłowo, szybkości nie przekroczyłem, wszystkie kwity i wyposażenie mam w porządku, więc może mnie nie skasują na jakąś straszną kwotę. Ale widzę, że polecenie zjazdu dostają i jadący za mną. No to nie zatrzymują się, tylko zjeżdżam głębiej. Wszyscy jadą za mną. Zrozumiałem; zamknęli z jakiegoś powodu drogę. No dobrze, ale którędy mam jechać? Robię za niewidomego przewodnika, który prowadzi stado owiec. Nie wiem, jak jechać, a samochody za mną powtarzają każdy mój ruch. Ale od czego moja legendarna wręcz (te legendę zbudowała mi wśród znajomych żona) orientacja w terenie? Intuicyjnie niemal wyczułem, że powinienem skręcić w tę ścieżkę (bo drogą tego nazwać nie można). I zaraz znalazłem się na magistrali. Wyprowadziłem stado! I zobaczyłem co się działo; dwa samochody się zderzyły.
Po południu zajeżdżamy do Segetu Donjego, wioski koło Trogiru. Mieszkamy na parterze domu profesora technologii chemicznej. Technologowie chemiczni, cholera wie dlaczego, starają się jak mogą, by ich nie uważać za chemików. Z tego miejsca jeździliśmy do Splitu, Makarskiej via dolina Cetiny, Szybenika, nad Krkę i na Ciovo.
Owszem, planowałem jeszcze Plitvice, Paklenicę i Dubrownik, ale jak się zorientowałem, że na Chorwacji z racji ukształtowania jeździ się znacznie wolniej, to dałem spokój; do Dubrownika zajęłoby ma coś ze sześć godzin w jedną stronę. I to był błąd, bo po zjeździe z niej, zapomniałem o istnieniu autostrady. A po zdjęciu boksu mogłem nią ciągnąć nawet 156 km/h. Tyle, i ani jednego więcej dała fabryka i tyle mogę ciągnąć. Ale cóż, atrakcji było tyle, że nie wpadłem na to.
Powrót przez Chorwację i Węgry był wręcz nudny, jeśli nie liczyć przegrzania samochodu, który nie chciał odpalić gdzieś koło Nagykanizsy, gdzie zjechałem by kupić winietę na węgierską autostradę. Było niedzielne popołudnie, gdzie ja teraz znajdę jakiś warsztat? Ale pracownicy zajazdu, gdzie kupowałem winietę już mi wynaleźli fachowców, którzy naprawią. Na szczęście gdy samochód trochę przestygł, to odpalił.
Nocleg znów w tym samym hotelu. Po kolacji poszliśmy nad Balaton i padły mi baterie w aparacie. Wróciłem, by wziąć zapasowe. A tu się okazuje, że w Segecie na kwaterze zostały włączone w gniazdkach wypełnione ośmioma bateriami dwie ładowarki. Strata w sumie niewielka, bo baterie już były mocno wyeksploatowane.
Problem był rano: nie dało się wejść do samochodu, taki był smród. To pełna skrzynka muszli tak śmierdziała. Jedyne co mogliśmy zrobić, to spryskać ją hotelowym odświeżaczem powietrza i jechać dalej z otwartymi oknami. Ale szybko się przyzwyczailiśmy, tak jak cały pierwszy dzień nie czuliśmy, ze coś śmierdzi.
W Koszycach sądziłem, że bez większych problemów trafię na drogę 68 do Preszowa, wszak drogowskazy pięknie prowadziły. Ale w końcu okazuje się, że jestem na autostradzie! A kilkaset metrów dalej widzę na przeciwległych pasach policję sprawdzająca winiety. Zawracam (jeszcze mogłem). Wracam do centrum i znów jadę. I znów ląduję w tym samym miejscu. Wracam wściekły i na stacji paliw pytam, jak mam jechać na 68. Babka w kasie jakoś nie ma pojęcia. Ale facet w kolejce tłumaczy. Dokładnie tak, jak jechałem, i dwa razy wylądowałem na autostradzie. - Spokojnie - odpowiada. Jedź dalej autostradą. Po jakichś dwustu metrach będziesz miał wlot małej dróżki. I nie na Preszów, ale na Budimir. I tu skręcaj.
Pojechałem, skręciłem i zaraz widzę drogowskaz: Preszów ileś tam km. Dalej było w miarę aż do mniej więcej Lutczy. Począwszy stąd każdy ciarach do sklepu po jabola musi pojechać taksówką, którą sobie kupił. I jeśli gdzieś z bocznej uliczki coś przed mną wyjeżdżało, to w 9 na 10 przypadkach skręcało z powrotem w następną boczną uliczkę. I tak aż do Lublina. A jeśli ciarachy akurat chlały, to też nie było dobrze. Bo przed Boguchwała z bocznej uliczki bezceremonialnie wyjechał stary, rozklekotany i pusty autobus. I wlókł się czterdziestką i ani kilometra więcej. Ani go wyprzedzić, bo droga jak sznurek wyjęty z kieszeni, a do tego szczyt i z drugiej strony ciągle coś jedzie. I tak si dyndaliśmy aż do centrum Rzeszowa. Tuż za Rzeszowem wpadłem z kolei w drugą karawanę, tym razem prowadzoną przez naukę jazdy, która daleko za Jasionką w pewnym momencie zwolniła do 15 km/h. Jak się okazało, miniaturowy traktorek z przyczepką na drodze międzynarodowej przez co najmniej 200 metrów sygnalizował skręt w lewo, przepisowo jadąc przy osi jezdni. Gdy już w końcu traktor skręcił, wyprzedziłem elkę i przycisnąłem na gaz do dechy. Ryk silnika, po parunastu sekundach mam na liczniku setkę, nagle na drogę, nie bacząc, że żadnych pasów tu nie ma, nieśpiesznie wtacza się babina ciągnąca za sobą potężną gałąź, by nie rzec, że całkiem spore drzewo. Nie przejęła się rozpędzonym samochodem ani wściekłym rykiem klaksonu. Głucha czy co?
Ale – jak to zwykle bywa – im bliżej domu tym gorzej. Pod Kraśnikiem nagle zobaczyliśmy krótki, czerwony błysk. Fotoradar zrobił mi pamiątkowe zdjęcie przy prędkości coś koło 70 km/h. Ciekawe, na ile mnie policja skasuje... Jakoż minęło od tego czasu parę lat i nie skasowała.
To była jedna z najdłuższych moich tras, jakieś 1,6 tys. km w obie strony
Awatar użytkownika
b.b tulipan
Posty: 69
Rejestracja: 18 lip 2012, o 20:04
Lokalizacja: dolnośląskie

Re: Kącik kierowcy

Post autor: b.b tulipan » 6 cze 2013, o 07:54

Re: Kącik kierowcy

Postprzez Gollum » wczoraj, o 20:54

Pięknie to opisałeś. Jeszcze tylko dodać ile i na co poszła kasa i już mamy obraz do naśladowania. <brawo> a do tego jeszcze <fotka> i mamy pełny obraz.
Awatar użytkownika
Gollum
Posty: 1084
Rejestracja: 28 lip 2012, o 09:23
Lokalizacja: Lublin

Re: Kącik kierowcy

Post autor: Gollum » 6 cze 2013, o 20:55

Ile i na co poszło - ok. 7 tys. zł. Z tego ok. 2 tys. zł to paliwo w obie strony. Jak była podzielona reszta, czyli kwatera, jedzenie, bilety, codzienne lody dla dzieci - nie pamiętam. Kwatera była wszakże dosyć tania jak na chorwackie warunki.
Ale to było ładnych parę lat temu, 2009 rok, więc ceny mogły się cokolwiek zmienić.
Dodam tu jeszcze do drogi, że wracając, szpetnie się wp*** w środek Budapesztu. Nie skręciłem w odpowiednią drogę wiodącą na obwodnicę i wylądowałem o jeden most przed ścisłym centrum z parlamentem, zamkiem i starówką. Planu Budapesztu nie miałem, ale znaki dobrze wyprowadziły mnie z miasta.

Choć najbardziej emocjonująca była 150-kilometrowa trasa z Rzeszowa do Lublina. Parę lat temu nieletnia wtedy córka wybrała się z koleżanką na koncert Deep Purple. Była już na Iron Maiden, AC/DC, czyli na tym, na czym to ja powinienem być, bo to moje czasy. Ale wpadła w towarzystwo, gdzie się nie słuchało Justina czy Britney, tylko Stewarta czy Dio. Nagle, w środku nocy, coś koło godziny 1 budzi mnie telefon. Dzwoni córka z rzeszowskiego szpitala. jej koleżanka zasłabła podczas koncertu, no to sprawne służby zabrały ja do szpitala. A że obie są nieletnie, to teraz ich nie wypuszczą. Byłem wtedy w Chełmie. Trochę zajęło obudzenie ojca zasłabnietej. Miał godzinę na dojście do siebie, bo ja już sobie strzeliłem kawkę i mogłem jechać. 70 km i jestem w Lublinie, potem coś z 10 km do wsi, gdzie mieszkają i do Rzeszowa. Wydawało mi się, że przycisnę gaz i pojadę. Nic z tego; tir za tirem w jedną, tir za tirem w drugą. A droga nie za szeroka. W Rzeszowie trochę zajęło nam znalezienie szpitala, a potem izby przyjęć, bo to miasto budowało wtedy budowle znacznie bardziej pożyteczniejsze niż pomniki, które wznosił Lublin, i było rozgrzebane.
Odebraliśmy córki bez problemów i w drogę. oczywiście przed wyjazdem znów sobie strzeliłem kawkę. Wystarczyła tak do Janowa, czyli na połowę trasy. Potem co chwila przysypiałem. Kretyn ze mnie ostatni, ale uparłem się, że dojadę do Lublina, zawiozę ich na wieś i dojadę do domu. Dojechałem, ale do dziś, jak sobie przypomnę, to obrzucam się bluzgami.
Awatar użytkownika
Fromena
Posty: 384
Rejestracja: 7 mar 2011, o 18:48
Lokalizacja: Roztocze;)

Re: Kącik kierowcy

Post autor: Fromena » 6 cze 2013, o 21:35

Gollum jesteś wielki!!! Na zaliczenie z pewnego przedmiotu muszę opisać wycieczkę do Chorwacji w najdrobniejszych szczegółach :) a tutaj jest wszystko czego mi potrzeba. Podpowiedziałeś mi lepiej w niektórych sprawach niż portal cro.pl
D Z I Ę K U J Ę !!!!! <brawo>
.....Lubię wracać tam, gdzie byłam już.......:))
Awatar użytkownika
creamcheese
Posty: 1407
Rejestracja: 17 lut 2013, o 09:54
Lokalizacja: Lublin

Re: Kącik kierowcy

Post autor: creamcheese » 6 cze 2013, o 22:07

Gollum pisze: Dojechałem, ale do dziś, jak sobie przypomnę, to obrzucam się bluzgami.
Panie i panowie "szoferaki"!! Posłuchajcie Golluma!! Często się nam wydaje (sam jestem kierowca od wielu lat) że damy radę!! A jak zatrzymamy się w hotelu to zasypiamy kamieniem natychmiast. Snu i zmęczenia się nie oszuka.
Życzę bezpiecznej jazdy!
Awatar użytkownika
Gollum
Posty: 1084
Rejestracja: 28 lip 2012, o 09:23
Lokalizacja: Lublin

Re: Kącik kierowcy

Post autor: Gollum » 7 cze 2013, o 18:21

A to moja najdłuższa jak dotąd trasa, 2,7 tys. km po Ukrainie. Nie zapłaciłem ani jednego mandatu, nie połamałem zawieszenia, nie zniszczyłem amortyzatorów.
Miało nas być więcej. Ale jednej pani „bywalcy” naopowiadali, że ukraińska policja zedrze z niej skórę, bo jeden patrol, który wlepił jej mandat, poinformuje następny o Polakach do oskubania, ten następny i tak dalej. No i oczywiście że drogi są tak koszmarne, że choć ma samochód prosto z fabryki, to nim nie wróci do kraju, bo po długiej drodze w najdziksze rejony Ukrainy (dawne Dzikie Pola jakby nie było) całkowicie zniszczy pojazd.
Jedziemy więc we dwóch, ja i mój ówczesny dyrektor. Moim samochodem, pandą, bo dyrektorska albea jest bardzo mocno rozklekotana. Mamy sprawdzić, w jakich warunkach nasze dzieci będą wypoczywać latem, a przy okazji poodbierać hołdy: zanim na Ukrainie ktokolwiek myślał o salach komputerowych, nasza szkoła zafundowała współpracującym ukraińskim placówkom takowe. Dyrektor miał dojścia, to i potrafił wyszukać. Niestety, nie ma zmysłu gospodarskiego i ze wszystkich sal komputerowych najgorsza jest nasza; na bodaj 20 komputerów, rok temu w miarę sprawnych jest 7, a zupełnie sprawnych chyba dwa... Ile teraz - nie wiem, bo już tam nie pracuję. A jak wygląda gościnność za Bugiem, dobrze wiemy wszyscy dzięki byłemu prezydentowi... Oczywiście jej beneficjentem będzie dyrektor, a ja robię za kierowcę pomiędzy miastami. Ale po przyjechaniu na ostatnie danego dnia miejsce dam w gaz i ja.

Piętnaście hrywien w łapę
Nie jedziemy przez Dorohusk-Jagodzin, lecz Zosin-Uściług. Z dwóch powodów. Pierwszy to jagodzińscy celnicy, którzy nie przepuszczą nikomu, kto nie da łapówki,odpowiednio wyższej niż w Zosinie. Drugi to droga. Ukraina planowała doprowadzić autostradę z Kijowa przez Sarny i Kowel aż pod Dorohusk. Liczyła na wzajemność, wszak najkrótsza droga z Warszawy do Kijowa wiedzie przez Sarny, Dorohusk, Chełm i Lublin. A Polska mianowała się jej strategicznym partnerem i ambasadorem w Unii Europejskiej. Tymczasem nasze rządy, budując ekspresówkę w kierunku na Moskwę, wyraźnie dały Ukraińcom do zrozumienia, gdzie ich mają i kto tak naprawdę jest naszym partnerem strategicznym. No to Ukraina pozostawiła rozgrzebaną budowę i zaczęła budować trasę z Kijowa przez Żytomierz i Równe do Łucka i Lwowa, a stamtąd na Słowację i Węgry. Problematyczny jest tylko odcinek od granicy do Łucka, ale jego jakość nie odbiega od tych w powiecie chełmskim, który do niedawna miał najgorsze drogi w Polsce (dziesięć lat nieprzerwanych rządów PSL robi swoje).
Odprawa graniczna poszła sprawnie. Kosztowała nas 15 hrywien (ok. 5 zł); wsuniętą w paszport piątkę dla pogranicznika i dychę dla celnika. Gdybyśmy tego nie zrobili, przetrząsnęliby samochód i nas, odesłali na koniec kolejki albo nie wpuścili w ogóle, bo np. mamy w apteczce bandaż szeroki a nie wąski lub odwrotnie.

Ciekawscy milicjanci
Po drodze do Włodzimierza Wołyńskiego (13 km) mijamy dwa patrole milicji. O każdym z nich miganiem świateł informuje nas prawie każdy (!) nadjeżdżający z przeciwka samochód. Im dalej w głąb Ukrainy tym migających mniej, ale i tak więcej niż w Polsce. Jedziemy zgodnie z przepisami, więc policjanci nas nie zatrzymują. A przepisy są tu ciekawe. Na obszarze zabudowanym dozwolona prędkość to 80 km/h (!). W zasadzie to 60 km/h, ale dozwolone jest jej przekroczenie o 20 km, lecz ani jednego więcej.
I tak już do samego końca. Oprócz okolic Kijowa, gdzie około północy zatrzymał nas patrol. Jak się okazało, policjantów interesował nasz... samochód. Fiat na Ukrainie jest równie rzadki co w Polsce rolls-royce, więc chcieli tylko zobaczyć, co to za „cudo techniki”.
No to skoro nie mają do nas żadnych służbowych spraw, to pytamy, skąd wśród Polaków takie mity o ukraińskich policjantach. Mundurowi odpowiadają chętnie. Polak, który gdzieś usłyszał, że w Niemczech na autostradzie nie ma żadnych ograniczeń prędkości, na ukraińskiej drodze przyciska gaz tak samo. Tymczasem Ukraińcy jeżdżą jak Szwedzi, czyli zgodnie z przepisami. Wiele lexusów, jaguarów i innych bryk z najwyższej półki (a jest ich tu znacznie więcej niż w Polsce) sunie dostojną siedemdziesiątką dziewiątką, aby się nie „nadziać” na radar. Widziałem. A wyobrażacie sobie Polaka w takiej wypasionej bryce, który tak jedzie? Bo ja nie. Dla ukraińskich policjantów taki rodak jadący ile fabryka dała na terenie, gdzie wolno do osiemdziesięciu, to zabójca. No to się go kasuje na potężny mandat i informuje następny patrol, by znów tego pirata zatrzymali i znów wlepili mandat za cokolwiek. Może gdy mu portfel mocno schudnie przestanie być zagrożeniem dla życia i zdrowia ludzi. To ostatnie to już nie ich słowa, lecz moja teza.
Za Łuckiem co pewien czas wpadamy na drogi dwujezdniowe, a za Równym autostrada, jakiej nie powstydziliby się Niemcy, wiedzie nas aż do Kijowa. Owszem, są odcinki jednojezdniowe, ale obok buduje się drugie pasmo. I robota wre. Za kilka lat cały odcinek będzie nowiutką autostradą.
Dwujezdniowa trasa do Kijowa wygląda jak autostrada, ale ma „myki”. To np. obowiązujące na nich przepisy dotyczące prędkości w obszarze zabudowanym, a nawet... przejścia dla pieszych, i to całkiem liczne.
Koło Ulianowki, na środku Ukrainy zjeżdżamy z autostrady na Odessę. I tu się zaczyna jazda bez trzymanki. Pierwomajsk wygląda, jak po przejściu frontu. Drogi dziurawe, bo wyboiste to za delikatne określenie, brak oznaczeń. Domy wcale nie lepsze. I tak prawie do Nikołajewa, do niedawna miasta zamkniętego (tam są stocznie, które budowały radzieckie lotniskowce i krążowniki rakietowe). Po 19 godzinach jazdy docieramy do Chersonia przy ujściu Dniepru do Morza Czarnego.
Tu były niemal wyłącznie służbowe spotkania kończone popijawami.
W Kachowce podglądam interesujący sposób terapii dzieci specjalnej troski. Obok używanych u nas szyszek, kaszy i żołędzi, w jednym pojemniku są... muszle. A że jeden dzień mamy być nad morzem, by w tamtejszym ośrodku omówić zasady przyjmowania naszych dzieci, to też nazbieram. Pół wezmę ja a drugie pół żona. Do tego samego celu; terapii dotyku. Czarnomorskie plaże od delty Dunaju po Krym są muszlowe, to znaczy, że chodzi się tam po mniej lub bardziej połamanej masie wszelakich muszli. Jakoż wygospodarowaliśmy trochę wolnego czasu i nazbierałem dwa kilo sercówek, znacznie większych i nade wszystko grubszych niż bałtyckie.
I mam problem. Przepisy Konwencji Waszyngtońskiej mniej więcej znam. Pospolita, jadalna sercówka, takiż przegrzebek i ostryga czy zawleczona z Chin ekspansywna rapana bynajmniej nie są chronione. Tępienie tej ostatniej jest wręcz zalecane. Ale nie sprawdziłem, czy Ukraina nie poszła tropem Egiptu, który zabrania wywozu jakichkolwiek muszli. Na wszelki wypadek przemycę...

Dwadzieścia hrywien w łapę
W drodze powrotnej ja prowadzę jako pierwszy. A że wyjeżdżamy wieczorem, to aż drżę. Czeka mnie najgorszy odcinek, i to w ciemnościach. A to jest na Ukrainie poważny problem. Drogowskazy, w dzień czytelne, nocą są zupełnie niewidoczne, choć teoretycznie odblaskowe. Owszem, niebieskie tło blado lśni, ale litery i strzałki, które w dzień są białe, nocą stają się czarnymi dziurami, które nie odbijają światła. Na niebieskim, jakby prześwitującym tle widzę więc jedynie ciemne, bezkształtne plamy. Ktoś naciągnął państwo ukraińskie na dużą kasę, a że jest wpływowy, to włos mu z głowy oczywiście nie spadł.
Choć jazda nocą ma też plusy. Nareszcie widoczne są światła. Są one umieszczone bardzo wysoko, często zasłaniają je drzewa i w dzień bardzo łatwo wjechać na środek skrzyżowania na czerwonym...
W Wozniesiensku zatrzymuje mnie patrol. Pewnie znów chcą obejrzeć samochód... Zmartwiałem! Pokazują, że radar nakrył mnie na 83 kilometrach. Gorączkowo szukam w kieszeni banknotów. Dwudziestohrywnowy wsunąłem w paszport. Wystarczyło... A już się bałem, że mnie skasują na co najmniej piętnastokrotność tej kwoty... Na szczęście to środkowa Ukraina, gdzie bieda aż piszczy. To przekroczenie kosztowało mnie to 6 złotych 80 groszy według aktualnego kursu hrywny.
Droga powrotna trwała o dwie godziny dłużej. Bo w pewnym momencie poczułem, że choć oczy mam otwarte, to gałka nagle się wykręca do góry. Zasypiam! Ukraińskie drogi nie mają linii na poboczu, które „warczą”, gdy się na nie wjedzie, jak choćby na trasie z Chełma do Piask. Na najbliższym parkingu musiałem się zdrzemnąć. Trwało to dwie godziny.

Łapownik i przemytnik
I znów trzeba zostać łapownikiem. Ładna strażniczka z wprawą wzięła piątkę przy wydawaniu kartki przekroczenia granicy. Celnik udawał groźnego, ale tylko udawał, bo już widział dziesiątkę w paszporcie. Problem mógł być z naszymi. Oni nie wezmą nawet paru stów (parę tysięcy to i owszem), a jeszcze wezwą policję. A my wieziemy o wiele za dużo flaszek. Ja z premedytacją w Chersoniu kupiłem całą kolekcję nalewek. Żonie swojego czasu posmakowała śliwkowa, to kupiłem, co mieli. A mieli... I do tego jeszcze parę innych, też polecanych jako dobre. A do tego merowie dali nam prezenty dla naszych wójtów, burmistrzów i starostów. Ale przyznanie się do winy skutkuje. Polski celnik po przejrzeniu bagaży ze zbyt dużą liczbą koniaków tawrijskich (Tauryda – tradycyjna nazwa Krymu, do którego „podpiął się” obwód chersoński) machnął ręką i kazał jechać. Widać, że nie jesteśmy przemytnikami z zawodu, ot, chcieliśmy zrobić zapasy na parę miesięcy albo lat. Na szczęście pod siedzenie, gdzie ukryłem muszle, celnik nie zajrzał...
Awatar użytkownika
BeCool
Posty: 33
Rejestracja: 13 lip 2013, o 13:13
Lokalizacja: Warszawa

Re: Kącik kierowcy

Post autor: BeCool » 15 lip 2013, o 19:10

Zdarzały mi sie bardzo długie podroze po Polsce bo jako dostawca dużo jezdziłam. Takie wycieczki jak Warszawa-Łódź - Kraków-Rzeszów-Białystok_Warszawa to były co tygodniowe trasy gdzie w brzyrwach drobnych można było cieszyc sie wszystkim w kolo
Awatar użytkownika
BeCool
Posty: 33
Rejestracja: 13 lip 2013, o 13:13
Lokalizacja: Warszawa

Re: Ceny paliw

Post autor: BeCool » 15 lip 2013, o 20:10

Nie wiem zeby sie nie denerwowac powinnam sie wypowiadac ale ceny paliw obecnie to wrecz szok ze stresem.
Awatar użytkownika
Abelard
Administrator
Posty: 8711
Rejestracja: 19 wrz 2010, o 23:06
Lokalizacja: phpBB 3.2

Re: Ceny paliw

Post autor: Abelard » 15 lip 2013, o 23:25

BeCool pisze:Nie wiem zeby sie nie denerwowac powinnam sie wypowiadac ale ceny paliw obecnie to wrecz szok ze stresem.
BeCool,
przywitaj się z nami -> viewtopic.php?f=123&t=1831" onclick="window.open(this.href);return false; <tak>



Przegląd aktualnych cen (średnia):

Pb 98 - 5,78
Pb 95 - 5,50
ON - 5,49
LPG - 2,29


Gdy porównamy z moim poprzednim zestawieniem, jest taniej... <mysli>
Największy spadek cen: LPG !!
Awatar użytkownika
BeCool
Posty: 33
Rejestracja: 13 lip 2013, o 13:13
Lokalizacja: Warszawa

Re: Ceny paliw

Post autor: BeCool » 15 lip 2013, o 23:51

Wpisalam tam pierwszy post jaki w ogole usmiescilam , nie wiem dlaczego sie pojawil O_o ale juz nadrobilam oczywiscie ;)


No gaz powinien isc teraz w dol ale mysle ze ponizej 2 zł juz nie zejdzie
Awatar użytkownika
yaretzky
Posty: 1471
Rejestracja: 16 wrz 2013, o 08:39
Lokalizacja: Dolnośląskie

Re: Kącik kierowcy

Post autor: yaretzky » 21 wrz 2013, o 20:55

W latach 80'tych "Maluchem" trasa Zielona Góra -> Jałta na Krymie (przez Brześć, Kijów, Krzywy Róg, Symferopol) - ok. 3000 km w jedną stronę, z tego (w drodze powrotnej) 1300 km jednym "skokiem" (i z telewizorem kolorowym na tylnym siedzeniu - takie były czasy <tak> ), ale przed Rawiczem, 60 km przed domem, padłem na ok. 3 godziny i resztę przejechałem z prędkością 40km/h.
W ubiegłym roku 4500km przez Niemcy, Austrię, Włochy, Francję (Nicea, Monte Carlo, Chamonix), Szwajcarię i znowu Niemcy. I w tym roku ok. 5200 km - Niemcy (Szwarcwald), Francja (Dolina Loary, La Rochelle, Le Mont St-Michel, plaże Normandii - Omaha Beach, Paryż), tranzytem (niestety tylko) przez Luksemburg i znowu Niemcy. Te traski już na szczęście nie "Maluchem" tylko trochę większym Chryslerem Voyagerem.
Awatar użytkownika
Comen
V-ce Administrator
Posty: 5484
Rejestracja: 30 maja 2011, o 00:37
Lokalizacja: Kraków

Re: Kącik kierowcy

Post autor: Comen » 22 wrz 2013, o 07:19

Tak z doświadczenia - ile przeciętnie trwa przejazd autostradami przez Niemcy. Interesuje mnie odcinek od Świecka do Ellund przy duńskiej granicy, to jest około 550 km. Jak szybko można śmigać taką autobaną?
Nie byłem wszędzie, ale mam to na uwadze
A może coś o Szwecji? http://swevirtual.blogspot.com/
Awatar użytkownika
yaretzky
Posty: 1471
Rejestracja: 16 wrz 2013, o 08:39
Lokalizacja: Dolnośląskie

Re: Kącik kierowcy

Post autor: yaretzky » 22 wrz 2013, o 09:49

Zmieścisz się pomiędzy 4 a 5 godzinami. Rozbieżność zależy od pory roku, dnia tygodnia itp.. Jeśli nie będą to piątki lub niedziele to szybciej - podobnie jak u nas Niemcy jeżdżą lub wracają z weekendów. W niedziele dochodzą Ci nasi wracający do pracy po weekendzie w Polsce (szczególnie kierunek na Berlin). Okres wakacyjny i świąteczny też nieco przedłuża drogę. Najgorsze są te dwa "spowalniacze" po trasie, tzn. ring Berlina i okolice Hamburga. Po niemieckich autostradach naprawdę można śmiało jechać jak to mówią "ile fabryka dała", ale przy zjazdach na wspomniane Berlin i Hamburg i tak niewiele zdziałasz pomimo pięciu pasów w każdym kierunku. Jeśli nie masz nic przeciwko szybszej jeździe w nocy (ok. 150/km) to powinieneś zmieścić się w 4 godzinach.
Awatar użytkownika
Abelard
Administrator
Posty: 8711
Rejestracja: 19 wrz 2010, o 23:06
Lokalizacja: phpBB 3.2

Re: Kącik kierowcy

Post autor: Abelard » 22 wrz 2013, o 10:05

Nie ma ograniczenia prędkości. Zaleca się co prawda 130km/h, ale nikt nie korzysta z tych zaleceń. ;)
Trzeba jednak uważać na znakowe, sporadyczne ograniczenia prędkości, np. 100 czy 80km/h, bo tu można się "przejechać". Osobiście widziałem jedną taką akcję "Autobahn Polizei". Bardzo wysokie mandaty jak na nasze polskie warunki!

Wspomniany wariant trasy (kierunek: Berlin, Hamburg, Lubeka/Kilonia, Ellund) to kwestia ok. 5 godzin (zależy od dnia tygodnia - jak wspomniał yaretzky).

Wybierając taką trasę zatrzymałbym się odpowiednio w Lubece i Kilonii. Jedyna okazja, bo miasta warte zobaczenia. Czas wyprawy zapewne wydłużyłby się o kolejne godziny, ale warto!

Dodam, że po aktualnych wyborach do Bundestagu rozpoczną się prace nad wprowadzeniem myta dla obcokrajowców korzystających z niemieckich autostrad, także spiesz się... <tak>