Moje turystyczne odkrycie w Polsce

Ogólne dyskusje o turystyce.
Awatar użytkownika
Comen
Jr. Admin
Posty: 7349
Rejestracja: 30 maja 2011, o 00:37
Lokalizacja: Kraków

Moje turystyczne odkrycie w Polsce

Post autor: Comen » 6 kwie 2012, o 08:57

Zainspirowany dyskusją w innym miejscu naszego forum stwierdzam, że warto może przedstawić w tym miejscu polskie obiekty leżące może na uboczu głównych szlaków turystycznych a jednak na swój sposób wyjątkowe, takie o których wcześniej nie wiedzieliście, że istnieją a jak je zobaczyliście to zrobiły na was niesamowite wrażenie :-D
Nie byłem wszędzie, ale mam to na uwadze
A może coś o Szwecji? http://swevirtual.blogspot.com/

Awatar użytkownika
Comen
Jr. Admin
Posty: 7349
Rejestracja: 30 maja 2011, o 00:37
Lokalizacja: Kraków

Re: Moje turystyczne odkrycie w Polsce

Post autor: Comen » 13 kwie 2012, o 13:45

Może ja coś napiszę na początek, a potem się rozkręci.

Kilka lat temu sporą niespodzianką było dla mnie małe miasteczko Szydłów w świętokrzyskim. Leży trochę na uboczu głównych tras drogowych, więc i turystycznych, a zachował się tam duży fragment dawnych murów miejskich z Bramą Krakowską i kilkoma basztami. Są także resztki zamku królewskiego, synagoga i dwa zabytkowe kościoły. Wcześniej nie miałem zielonego pojęcia że takie coś istnieje i to w zasadzie stosunkowo blisko mojego miejsca zamieszkania (z Krakowa będzie tam około 125 km). Z tego co pamiętam jak tam przyjechałem po raz pierwszy, była dość pochmurna pogoda, ale te szare wysokie mury tym bardziej robiły na tym tle dość duże wrażenie. Może trudno porównywać to miejsce do Carcassonne, ale jakiś urok, podobny do prowincjonalnych francuskich czy hiszpańskich miasteczek na wzgórzach, w Szydłowie z pewnością jest. I nie wszędzie można zobaczyć boisko na dawnym dziedzińcu zamku. Do Szydłowa warto przyjechać zwłaszcza w połowie sierpnia, kiedy odbywa się coroczne święto śliwki. Na wąskich uliczkach starówki i na dziedzińcu zamku trwa wtedy festyn, pokosztować można lokalnych wyrobów w tym śliwek z miejscowych sadów, które smakiem biją na głowę te które zazwyczaj można kupić w sklepach.
Nie masz wymaganych uprawnień, aby zobaczyć pliki załączone do tego posta.
Nie byłem wszędzie, ale mam to na uwadze
A może coś o Szwecji? http://swevirtual.blogspot.com/

Awatar użytkownika
petruss1990
Posty: 657
Rejestracja: 15 maja 2011, o 16:58
Lokalizacja: Hrubieszów/Lublin

Re: Moje turystyczne odkrycie w Polsce

Post autor: petruss1990 » 15 kwie 2012, o 12:25

Faktycznie, bardzo przyjemne miejsce. Jak idzie pielgrzymka Zamojsko-Lubaczowska to tam mamy bardzo przyjemny odpoczynek. Moim odkryciem roku ubiegłego jest Wysowa Zdrój, kiedyś myślałem, że to takie miejsce dla emerytów i rencistów a okazało się, że można więcej pochodzić niż w okolicach np. Krynicy. W Wysowej można znaleźć sporą różnorodność tras, od spacerowych (np. na Św. Górę Jawor) przez trochę dłuższe do całodziennych marszów. Miłośnicy historii natkną się na opuszczone cerkwie, cmentarze z I wojny (najsłynniejszy na rotundzie). No i oczywiście lecznicze wody mineralne...
Nie można kochać ojczyzny, nie kochając miejsca, w którym się człowiek urodził...

Awatar użytkownika
Adler
Administrator
Posty: 11329
Rejestracja: 19 wrz 2010, o 23:06
Lokalizacja: Galicja

Re: Moje turystyczne odkrycie w Polsce

Post autor: Adler » 2 lut 2013, o 15:37

Zdecydowanie moim zeszłorocznym odkryciem nr 1 jest nie obiekt, a cała miejscowość Międzygórze (Dolny Śląsk, powiat kłodzki). W regionie nazywane "Perłą Sudetów".

Śmiało mogę określić cały region wokół tej miejscowości mianem "polskiego Schwarzwaldu".
Co ciekawe w ogóle nie planowałem wizyty w tamtym regionie, ale, że postanowiłem ruszyć na Śnieżnik, to wybrałem czerwony szlak, patrząc na mapę - właśnie stamtąd. <lol>

Zdjęcia miejscowości (google): tutaj

Awatar użytkownika
Gollum
Posty: 1081
Rejestracja: 28 lip 2012, o 09:23
Lokalizacja: Lublin

Re: Moje turystyczne odkrycie w Polsce

Post autor: Gollum » 3 lut 2013, o 22:19

W zasadzie tych odkryć było więcej, bo dwa, a nawet trzy.
Ale największe to Beskid Niski. Bodaj największy w Europie obszar ponownie zdziczały (nie jedyny; np. holenderski park narodowy Biesbosch był ludnym polderem, na owe czasy prawdziwym cudem świata, dopóki w 1421 roku Morze Północne nie pokazało, kto tak naprawdę rządzi). Przed wojną były tu ludne i bardzo ludne wsie, które w ciągu kilku lat z powodów politycznych i militarnych całkowicie opustoszały. Pola, początkowo przejęte przez pegeery, z braku rąk do pracy, systematycznie zarastały krzakami i trawą. Po likwidacji PGR proces ten zaczął galopować, bo ziemi nie oddano pracującym na niej, ale różnym mniej lub bardziej (zwykle bardziej jak mniej) podejrzanym typom, którzy o uprawie nawet nie myśleli.
Po dawnych wsiach łemkowskich zostały miejsca, biegnące przez nie drogi, stare jabłonie, wszystko wyglada, jakby zza karzaków zaraz wybiegł pies i zobaczy się dom. Nic z tego. Żadnego domu. Żadnego psa. Kompletna pustka. Ale wrażenie, że zaraz ktoś wyjdzie, pozostaje.
Cisza wbrew pozorom nie dzwoni w uszach, bo wciąż drą się niemiłosiernie różne robale. Są nawet modliszki; parę lat temu powróciły do Polski właśnie w Beskidzie Niskim, w Magurskim Parku Narodowym (chwalił mi się jego dyrektor).
Tu bywają niedźwiedzie, wilki, orły przednie, puchacze, puszczyki mszarne, kumaki górskie, salamandry, wszelkie traszki, może nawet jaszczurki zielone i węże Eskulapa. Orliki krzykliwe są na porządku nawet nie dziennym; godzinowym.
Że nie wspominam o cerkiewkach? Nie wspominam, bo są oczywiste.
Moim zdaniem Beskid Niski nadaje się do wpisania na listę dziedzictwa UNSCO. Właśnie ze względu na ponowne zdziczenie.
Odkrycie natomiast polegało na tym, że uświadomiłem sobie, że spora część bieszczadników tak naprawdę jest beskidnikami, tylko nie mają o tym zielonego pojęcia Na studiach włóczyłem się po festiwalach piosenki, gdzie spiewało się o świętym Mikołaju, żeby opowiedział, jak tu było, moi znajomi załozyli nawet kapelę, grającą muzykę łemkowską. Ale wszscy na wycieczki i rajdy jeździli tylko w Bieszczady, gdzie Łemków w ogóle nie było i w tych Bieszczadach śpiewali, że nauczą swoje dziecko po łemkowsku.
Potem jeszcze różni dziwni ale wpływowi zaczęli grzmieć, że akcja Wisła była złem, ludobójstwem itp. A ja nadal twierdzę, że było to jedyne skuteczne wyjście i tak naprawdę nie było to zło, ale dobro. I każdemu to udowodnię. Błyskawiczne wysiedlenie mieszkańców na drugi koniec Polski sprawiło, że UPA w ciągu kilku miesięcy musiała się wynieść na Ukrainę, gdzie już czekało na nich NKWD, albo zwiewać do Austrii, gdzie po drodze czekały na nich służby czechosłowackie i węgierskie. Tym sposobem w ciagu krótkiego czasu na południowym wschodzie zapanował porządek. Ponoć Łemkowie z UPA nie sympatyzowali, ale nie słyszałem, by to powiedział ktoś wiarygodny; jedynie sami zainteresowani i łemkofile z warsziawki.
Ja zresztą z łemkofilami się nie rozumiem. Raz takie dwie łemkofilki omal mi oczu nie wydrapały, gdy stwierdziłem, że prywatny skansen łemkowski (prowadzony przez Łemka) to szajs, bo nic tam nie ma (wiem, bo byłem), a do tego zdziera straszne pieniądze (wiem, bo płaciłem), gdy zwykły skansen w Sanoku jest nie tylko tańszy, ale i jest tam znacznie więcej do obejrzenia.
Wydawać by się mogło, że to już koniec znanego nam Beskidu Niskiego. Bo coraz częściej powstaja tam osrodki narciarskie. Późno, bo mogły znacznie wcześniej. Przed olimpiadą w Albertville w 1992 roku była bardzo realna możliwość, by na wznoszącej się nad Jaśliskami górze Kamarce ustawić profesjonalny wyciąg narciarski, jeden z wielu demontowanych wtedy w Albertville, wytyczyć szlaki zjazdowe (w tym jeden o największej trudności) i przeszkolić instruktorów. Wszystko za pieniądze współpracującej z Duklą leżącej w Alpach francuskiej gminy Saint Moritz. Pojechała tam dukielska delegacja, by dopiąć wszelkie sprawy. Urżnęli się, narobili obory na całe Alpy i Francuzi szybko lecz taktownie wycofali się ze współpracy i wyciąg oddali komu innemu. Mają wszakże powstać niebawem, a na innych górach już są.
Ale narciarze beskidnikom nie wadzą. Ci pierwsi poza wyciąg, szlak zjazdowy i okoliczne knajpy nosa nie wyściubiają, a beskidnicy właśnie te miejsca omijają z daleka (knajp nie omijają, ale wybierają te dla normalnych ludzi, gdzie bywają miejscowi).

Awatar użytkownika
Adler
Administrator
Posty: 11329
Rejestracja: 19 wrz 2010, o 23:06
Lokalizacja: Galicja

Moje turystyczne odkrycie w Polsce

Post autor: Adler » 28 lis 2015, o 16:45

Tegorocznym odkryciem jest dla mnie Wołowiec w Beskidzie Niskim. <okok>

Awatar użytkownika
Comen
Jr. Admin
Posty: 7349
Rejestracja: 30 maja 2011, o 00:37
Lokalizacja: Kraków

Moje turystyczne odkrycie w Polsce

Post autor: Comen » 28 lis 2015, o 22:02

No to ja raczej postawię na Pogórze Przemyskie.
Nie byłem wszędzie, ale mam to na uwadze
A może coś o Szwecji? http://swevirtual.blogspot.com/

Awatar użytkownika
Gollum
Posty: 1081
Rejestracja: 28 lip 2012, o 09:23
Lokalizacja: Lublin

Moje turystyczne odkrycie w Polsce

Post autor: Gollum » 28 lis 2015, o 22:43

O tak. Tyle, że ja go nie odkryłem. Nie miałem czasu. Świeżo po szkole ruzcili mnie, początkującego taksatora na przeszkolenie do Brzozowa. Przez miesiąc pomagałem doświadczeńszym albo jeździłem z kierownikiem na kontrolę roboty innych. W końcu wypuścili mnie na samodzielne taksowanie. Jak się potem dowiedziałem, cichaczem za mną pojechał najlepszy z brygady i sprawdził jak pracuję. Doniósł kierownikowi, że dobrze, potem sam kierownik sprawdził i gdy skończyliśmy Brzozów i przeszliśmy na Birczę, pracowałem już samodzielnie. Mieszkaliśmy w leśniczówce w Borownicy, pomiędzy Żohatynem a Uluczem. Taksacja polega na tym, że jak pada deszcz, to się nie wyściubia nosa z kwatery, nawet i tydzień, ale jak jest pogoda, to się siedzi w lesie od świtu do zmroku.
Idąc do roboty przypominałem terrorystę, który właśnie urwał się z...szubienicy. Na szyi zawiązane coś na kształt stryczka. To specjalna taśma do mierzenia średnicy drzew. Jest wynalazkiem taksatorów. Opiera się na zależności pomiędzy obwodem a średnicą koła. Na piersi dynda busola, jakiej nie powstydziliby się komandosi. W torbie wojskowe mapy. W ręku coś, co laikom kształtem dziwnie przypomina pistolet maszynowy. To wysokościomierz do pomiaru wysokości drzew i nachylenia terenu. Mam również tajemnicze urządzenie podobne do artyleryjskich przyrządów celowniczych. To tzw. relaskop, za pomocą którego określałem masę drewna w lesie. Najnowsze wysokościomierze i relaskopy przypominają natomiast szpiegowskie aparaty fotograficzne. Za moich czasów takowych nie było. I do tego pędzel i puszka farby.
Najpierw muszę na mapie odnaleźć miejsce, z którego zacznę pracę. Na mapie mam narysowaną kratkę. I muszę odnaleźć miejsce przecięcia się którejś z linii. O – to łatwo będzie znaleźć, jakieś 20 metrów od drogi, 50 m od słupa oddziałowego. No to do słupa, stamtąd 50 kroków długości metra (tygodnie ćwiczeń), po czym 20 kroków na azymut 146. Gdy staję tam, na najbliższym drzewie ośnikiem zdzieram chropowatą korę i maluję farbą obrączkę z „krawatem”. Patrzę przez relaskop i liczę drzewa, których pień nie mieści się w szczerbince. Potem mierzę ich pierśnice i wysokość. W zasadzie wystarczy mi już rzut oka na nie i wiem, że ma 26 metrów. Ale jestem jeszcze początkujący i wolę sprawdzić. Urządzenie zwykle potwierdza moją ocenę. Następny punkt znajduje się o sto metrów dalej w określonym miejscu. Za pomocą busoli odnajduję kierunek, po czym odmierzam sto dużych kroków. I znów to samo. Muszę iść prosto, nie zważając na jeżyny, tarniny, głębokie wąwozy czy bagna.
Nie ma czasu na kontemplowanie piękna lasu. A jest co kontemplować. Oto zaświeciło słońce. Świeżo opadłe liście buków lśnią czystą miedzią, a pnie – srebrem. A ja nie mam czasu się zachwycać. Mam trudny teren, przede mną potok w głębokim kanionie. Muszę ocenić jego szerokość, sforsować go i iść dalej. Płacą mi wszak za liczbę wykonanych badań. A w potoku – salamandry. A ja nie mam aparatu! Zresztą gdzie go wsadzę?
Tu i ówdzie wśród drzew sterczą ruiny pieców; przed wojną była tu wieś.
Wieczorem opracowuję zebrane dane wpisując je do specjalnych formularzy. Dane te są potem wprowadzane do komputera (wtedy nazywało się to jakoś inaczej), a ta bezmyślna maszyna zamienia je na konkretne zalecenia. Dlatego ja nie mogę się mylić. Od moich danych i decyzji maszyny zależy wszak, co będzie robił leśniczy przez dziesięć lat.
Przychodzi weekend, mogę połazić po lesie albo wybrać się do Ulucza do cerkiewki, najstarszej w Polsce. A tu nic z tego; trzeba jechać do Sanoka albo Birczy zrobić zakupy na cały tydzień. Albo pojechać do domu. I tym sposobem, będąc parę kilometrów od Ulucza, nie miałem czasu tam zajrzeć.

PermanentTravel
Posty: 481
Rejestracja: 10 kwie 2016, o 23:34
Lokalizacja: Tarnowskie Góry

Re: Moje turystyczne odkrycie w Polsce

Post autor: PermanentTravel » 16 kwie 2016, o 12:32

Alan pisze:Zdecydowanie moim zeszłorocznym odkryciem nr 1 jest nie obiekt, a cała miejscowość Międzygórze
W moim przypadku można powiedzieć, że wszelka turystyka zaczęła się właśnie od Międzygórza - kiedy byłem mały zabrali mnie tam rodzice. Nieświadom byłem jeszcze, że miejsce to na dobre odmieni moje życie. Oczarowany zostałem wtedy przez tą miejscowość leżącą u stóp Śnieżnika. Minęła ponad dekada i ten sam czar, skrywany gdzieś głęboko w sercu, zakorzeniony na stałe, wyryty w zwojach nerwowych pod moją kopułką, przywiódł mnie tam ponownie, tym razem już samodzielnie. Od wtedy wracam tam regularnie... o każdej porze roku, każdym możliwym środkiem transportu, z żoną (wcześniej jeszcze dziewczyną, zanim się pobraliśmy), przyjaciółmi lub sam... wszystko po to, by jak najwięcej pobyć z Górą-Domem, jak z czasem zacząłem ją sobie nazywać. Upłynęło kolejnych dziesięć lat z hakiem, podczas których zdążyłem poznać większość gór w kraju, ja jednak ciągle tam wracam. I zdecydowanie wolę wchodzić na Śnieżnik właśnie z Międzygórza a nie z Kletna ;)

PermanentTravel
Posty: 481
Rejestracja: 10 kwie 2016, o 23:34
Lokalizacja: Tarnowskie Góry

Moje turystyczne odkrycie w Polsce

Post autor: PermanentTravel » 16 kwie 2016, o 14:16

Jeśli chodzi o moje największe odkrycie turystyczne, abstrahując od wszelkich cudownych miejsc, które udało mi się zobaczyć w naszym kraju, jest chyba to miejsce:
DSC_0051.JPG
Jest to domek myśliwski na zboczach PEWNEJ góry. Jest on otwarty przez cały rok, dostępny za darmo dla każdego. Przychodząc tam, czasami zastaniecie sporą grupę ludzi, czasami ani żywego ducha. Chata wyposażona jest w piec (trochę dymi), garnki, sztućce, narzędzia do pozyskiwania drewna na opał... słowem wszystko, co potrzebne do przeżycia. Nieopodal płynie strumyk, więc o wodę również nie trzeba się martwić. I tutaj zagadka... ciekaw jestem, czy sobie z nią poradzicie... GDZIE TO JEST? :)
Nie masz wymaganych uprawnień, aby zobaczyć pliki załączone do tego posta.

Awatar użytkownika
Adler
Administrator
Posty: 11329
Rejestracja: 19 wrz 2010, o 23:06
Lokalizacja: Galicja

Moje turystyczne odkrycie w Polsce

Post autor: Adler » 16 kwie 2016, o 16:02

Pod Śnieżnikiem.

PermanentTravel
Posty: 481
Rejestracja: 10 kwie 2016, o 23:34
Lokalizacja: Tarnowskie Góry

Moje turystyczne odkrycie w Polsce

Post autor: PermanentTravel » 16 kwie 2016, o 16:09

Alan pisze:Pod Śnieżnikiem.
Zgadza się <okok>
Byłeś tam kiedyś? Słyszałeś o tym miejscu od kogoś? Czytałeś o nim w internecie?

Awatar użytkownika
Adler
Administrator
Posty: 11329
Rejestracja: 19 wrz 2010, o 23:06
Lokalizacja: Galicja

Moje turystyczne odkrycie w Polsce

Post autor: Adler » 16 kwie 2016, o 16:12

Byłem na Śnieżniku i pod chatą.
Nie wchodziłem do środka.

PermanentTravel
Posty: 481
Rejestracja: 10 kwie 2016, o 23:34
Lokalizacja: Tarnowskie Góry

Moje turystyczne odkrycie w Polsce

Post autor: PermanentTravel » 16 kwie 2016, o 16:23

Alan pisze:Nie wchodziłem do środka.
Polecam! Oczywiście, o ile komuś nie przeszkadzają spartańskie warunki ;) Osobiście uwielbiam to miejsce !! Przez nie właśnie nazywam Śnieżnik Górą-Domem ;) Fakt, że można wyjechać w góry i zaszyć się w takim miejscu, bez żadnego bazowego, jest dla mnie po prostu czymś genialnym! Jeżdżę tam od 2003 z różną częstotliwością - czasem kilka razy w roku, czasem raz, ale zdarzało się też, że nie byłem tam ponad rok. Idąc tam, za każdym razem zastanawiam się, czy zza zakrętu wyłoni się moim oczom chata, czy może już spłonęła lub rozpadła się samoistnie ale póki co za każdym razem przygarnia i ogrzewa swoim ciepłem ;) Fajne jest to, że chatka ma sporą grupę wielbicieli, którzy o nią dbają i remontują we własnym zakresie. Chata ma ponad 100 lat.

Awatar użytkownika
Comen
Jr. Admin
Posty: 7349
Rejestracja: 30 maja 2011, o 00:37
Lokalizacja: Kraków

Moje turystyczne odkrycie w Polsce

Post autor: Comen » 16 kwie 2016, o 22:10

Czyli prawie jak w Skandynawii
Nie byłem wszędzie, ale mam to na uwadze
A może coś o Szwecji? http://swevirtual.blogspot.com/

PermanentTravel
Posty: 481
Rejestracja: 10 kwie 2016, o 23:34
Lokalizacja: Tarnowskie Góry

Moje turystyczne odkrycie w Polsce

Post autor: PermanentTravel » 16 kwie 2016, o 22:47

Comen pisze:Czyli prawie jak w Skandynawii
Tzn? Co masz na myśli? Wszechotaczającą dzicz? W małej skali jakoś się to sprawdza. W małej, bo w Skandynawii dzicz jest bardziej rozległa... ale ma jeden minus... nie jest tak blisko jak chatka pod Śnieżnikiem <lol>

Awatar użytkownika
Comen
Jr. Admin
Posty: 7349
Rejestracja: 30 maja 2011, o 00:37
Lokalizacja: Kraków

Moje turystyczne odkrycie w Polsce

Post autor: Comen » 16 kwie 2016, o 22:55

Dzicz jak dzicz, ale w Skandynawii takich utrzymanych chatek turystycznych na odludziach jest sporo i nie zdarza się żeby ktoś je spalił, zdemolował, zniszczył.
Nie byłem wszędzie, ale mam to na uwadze
A może coś o Szwecji? http://swevirtual.blogspot.com/

PermanentTravel
Posty: 481
Rejestracja: 10 kwie 2016, o 23:34
Lokalizacja: Tarnowskie Góry

Moje turystyczne odkrycie w Polsce

Post autor: PermanentTravel » 16 kwie 2016, o 23:10

Prawda, czytałem kiedyś nt. tych chatek. Od niedawna mieszka tam moja siostra. Jak ją odwiedzę zapewne wyruszę na kilkudniową wędrówkę a wcześniej wyszukam sobie kilka takich obiektów. W Polsce jednak takich miejsc jest jak na lekarstwo i wydaje mi się, że należy doceniać i troszczyć się o każde z pozostałych. Pod Śnieżnikiem nie spotkałem się na szczęście z żadnymi aktami wandalizmu. Najgorsze co może się tam zdarzyć, to okoliczna młodzież przychodząca się wyszumieć, jednak raczej nie jest szkodliwa i statystycznie przydarza się rzadko. Ponadto iść pod górę chce się raczej tym ambitniejszym i bardziej ogarniętym... reszta zostaje w dolinach ;)